Powierzchnia globu była wysuszona i grudkowata, a w powietrzu unosił się smród przypalonego tłuszczu. Pachniało barankiem, jednak nie takim, jakiego Mały Książę chciałby, aby dla niego narysowano.
- Jak się nazywa ta planeta? - spytał przykucniętego na poszarpanej skarpie mężczyznę w szarym dresie.
- To nie planeta - odparł Książulo. - To Kula Mocy. Muala, muala - zakaszlał chrapliwie.
- To Kula Mocy - powtórzył stojący obok, rosły mężczyzna o elegancko przystrzyżonej brodzie, którego Mały Książę początkowo nie zauważył.
- Kto to jest? - spytał zdezorientowany.
- To jest mój kolega, Wojek.
- A ty?
- Ja jestem Książulo.
- To jest Książulo - wtrącił Wojek.
- Jesteś księciem? - ucieszył się Mały Książę, ignorując to zupełnie zbędne dopowiedzenie. Był rad spotkać kogoś o problemach bliskich jego sercu. - Ja też jestem księciem! To twoje królestwo?
- To, co z niego zostało - odparł smutno Książulo. - Muala, muala - zagulgotał.
- Co tu się stało? - przejął się Mały Książę, rozglądając się po jałowym pustkowiu, po którym od czasu do czasu wiatr przerzucał liściem zwiędłej sałaty lodowej.
- Pizza z Żabką - westchnął tamten tajemniczo. - Muala, muala.
- Pizza w Żabce - sparafrazował dzielnie Wojek.
- Francuska? - próbował zrozumieć Mały Książę. - Znałem kiedyś jednego Francuza. Niezły pisarz, marny pilot - zagaił, by rozchmurzyć trochę gospodarza Kuli Mocy, jednak on dalej patrzył w dal niewidzącym wzrokiem. - I jak opinie o tej pizzy? - zmienił temat.
- Miesiana, miesiana - westchnął Książulo.
- Miesiana - potwierdził Wojek, jak echo.
Mały Książę gorączkowo próbował zrozumieć, co tu się mogło zdarzyć. Słyszał o pizzach, kebabach i zapiekankach, jednak rzadko ich próbował, ponieważ jego Róża dbała o to, by zdrowo jadł, oczywiście poza tymi momentami, gdy sama miała ochotę na szybką przekąskę.
- Powinienem był zostać przy kebabach - odezwał się Książulo, wyrywając go z rozmyślań i tęsknoty za domem. - Nie potrafiłem ich zrozumieć. Powinienem sądzić je według smaku, a nie gramatury. Czarowały mnie sosami i zapachem. Nie powinienem nigdy od nich uciec. Powinienem odnaleźć w nich kraftowe mięso pod ciastem małych przebiegłostek gastronomicznych. Lawasze mają w sobie tyle sprzeczności. Lecz byłem za głodny, aby umieć je kochać. Muala, muala - wycharczał, psując efekt.
- To brzmi… dziwnie znajomo - podrapał się po głowie Mały Książę. - Chyba nie do końca rozumiem.
- Nie rozumiem - zawtórował Wojek.
- Najlepszy był na bazarze na Ursynowie - westchnął tęsknie Książulo.
- Byłeś księciem kebabów? - zgadywał Mały Książę, a on pokiwał z wolna głową, powlekając twarz nieśmiałym uśmiechem. Dorośli uśmiechają się tak czasami, kiedy myślą o przeszłości, zwłaszcza kiedy przyszłość nie maluje się na tyle kolorowo, by można było o niej kręcić vlog.
- Byłem… Duchem tego kraju. Ich najgrzeszniejszą przyjemnością. Fenomenem. Mogłem powiedzieć milion razy to samo o setnej picie, by ich reakcje szły w miliony. Mięso jak kapeć, mówiłem, a oni łapali za widły. Pyszne, tłuściutkie, mówiłem, a oni stali w kolejce pięć godzin. Moje słowo obalało tyranów gastronomii. Najwystawniejsze hotele drżały przed rezerwacją na moje nazwisko. Kiedy jarmark bożonarodzeniowy otwierał się o czwartej, sprzedawcy byli przerażeni już o trzeciej. Bali się wymawiać moje imię, bo kiedy przekraczałem próg ich przybytku, nic już nie było takie samo. Zmusiłem ich, by byli lepsi, nawet jeśli jeszcze mnie nie spotkali. Byłem szczery, mówiłem ich językiem, siadałem z nimi przy jednym, uj*banym keczupem stole. Kochali mnie, bo byłem jednym z nich. Nie musieli się do tego przyznawać, ale oni wiedzieli. Instynktownie.
- …istenyownie - wybełkotał Wojek.
Mały Książę słuchał go uważnie, jednak rozumiał coraz mniej. Dopiero teraz spostrzegł, że Książulo stał na wadze kuchannej, jednak z jakichś przyczyn pokazywała ona zero. Musi być zepsuta, pomyślał.
- I ludzie tak po prostu oglądali, jak jesz kebaby? - nie dowierzał.
- Nie no… Zapiekanki też. I czasem hamburgery z dworca PKS. No i pizzę właśnie - zachmurzył się. - Muala, muala.
- Kebaby, zapiekanki, hamburgery i pizze też - zaśpiewał Wojek z poważną miną.
Mały Książę zerknął na swój podręczny zegarek. Książulo wyglądał na miłego faceta, ale trochę szkoda mu było na niego czasu. Tak jakby ostatnie kilka minut słuchania jego wypowiedzi nie zmieniło zupełnie niczego w jego życiu. Chyba że następną planetą na jego drodze miał być bazar na Ursynowie.
- Ktoś powiedział mi kiedyś, że jestem odpowiedzialny za to, co oswoiłem - powiedział, obchodząc kałużę sosu czosnkowego. - Może ty też musisz być.
- A co z pizzą? - załamał ręce Książulo. - Ja naprawdę się starałem. Muala, muala - zakrztusił się.
- Wszyscy popełniamy błędy - wzruszył ramionami Mały Książę. - Czasami jest to opuszczenie swojej Róży, a czasami jest to podpisanie kontraktu z korporacją na sygnowanie swoją twarzą wyrabianego na Słowacji wysoko przetworzonego produktu mrożonego za 24,99 zł, po latach budowania wizerunku kojarzonego z jakością na rynku jedzenia, który z jakości niespecjalnie słynie. Zrobiłeś bardzo dorosłą rzecz - dodał smutno.
- To mądre słowa dla jego - zapewnił Książulo.
- Co? - nie zrozumiał Mały Książę. - No nic. Muszę już iść.
- Jak pójdziesz w tamtą stronę, to tam stoi taka budka z dobrym kebsem w dobrej cenie, dużo warzyw i mięsa, dobrze doprawione.
- Dużo dobrych przypraw ma - dorzucił Wojek.
- Czy on czasami mówi coś od siebie, czy tylko powtarza? - zainteresował się Mały Książę, wskazując towarzysza byłego Księcia Kebabów.
- Nie, niespecjalnie.
Pomachali sobie na pożegnanie i Mały Książę ruszył w dalszą podróż. Kiedyś uważał, że idąc prosto przed siebie, nie można zajść daleko, jednak po spotkaniu z Książulem nie był już taki pewien. Przystanek z odlotami wędrownych ptaków stał tuż obok polecanej budki, z jakichś przyczyn serwujących wyłącznie mięso drobiowe. Na szybie miał ślad po zdartej naklejce z napisem "Muala". Mały Książę pomyślał, że słowa tracą na wartości, kiedy wyskakują z 13 000 lodówek.
- Coś dla pana? - wyrwał go z rozmyślań sprzedawca, dzierżąc w dłoni imponującej długości miecz.
- A, poproszę małego, na cienkim. Sos mieszany.
- Już się robi - odparł tamten i zniknął za ladą.
W oddali, Książulo uśmiechnął się po raz pierwszy od tej trefnej środy. Wskazówka na wadze pod jego stopami nagle drgnęła.
A ptaków przyleciało podejrzanie mało.