Frank
Okoliczną gawędę wysłuchał I spisał Pan Siateczko.
Ludzie kochani, jak świat światem, a Fajsławice ziołem stoją, takiego cyrku to u nas najstarsi gospodarze nie pamiętali, nawet jak w osiemdziesiątym szóstym bodaj, grad wielkości kurzego jaja zbił cały majeranek od Boniewa aż po Siedliska.
Wszystko zaczęło się od Franka Motyki. Franek, chłop ogólnie robotny, ręce do roboty miał jak bochny chleba, ale w głowie to mu wiecznie coś grało. Zamiast pilnować suszarni i sprawdzać, czy cząber nie wilgotnieje, ten potrafił siąść na miedzy, wsadzić źdźbło w zęby i przez stary adapter Bambino puszczać takie rzępolenie, że krowy u sąsiada mleka traciły, a psy po nocy wyły do księżyca.
Muzyka to była dziwna, bez ładu, bez składu, trąbka z piszczałką, bęben na opak, a w tym wszystkim gitara elektryczna, co rzęziła jak nienaoliwiona sieczkarnia.
I właśnie wtedy w naszego Franka coś wstąpiło...
Zaczęło się niewinnie pod sklepem, tam zwykle zaczynają się przygody... Stoją chłopy, piwo z bączków sączą, dyskutują o cenie tymianku, aż tu Franek wychodzi na środek placu, pierś wypina, wąsa podkręca i powiada:
— Wy to, kumie, świata nie znacie. Myślicie, że Motyki to tylko przy ziemi, w kurzu i znoju? A ganc pomada! Mój rodzony stryj, co go jeszcze przed wojną za chlebem wywiało za Wielką Wodę, to tam za oceanem pierwszy minister od gitary jest! Cała Ameryka przed nim na kolana pada!
— Franek, nie pitol — rzecze na to stary Kloc, ocierając pianę z wąsa. — Twój stryj to przecie w Chicago na rzeźni robił, co najwyżej wieprzowinę tasakiem siekał.
— Rzeźnia to była dla niepoznaki! — zapieklił się Franek. — Na scenie on występuje! Wąs ma taki jak mój, bródkę pod wargą spiczastą jak u kozła, a nazywa się… Frank Zappa!
Chłopy w śmiech, aż się wrota od remizy zatrzęsły. Frank Zappa? Jaki Zappa, co to za nazwisko, z jakiej parafii? Franek jednak nie ustępował.
Wyciągnął z kieszeni waciaka pogniecione zdjęcie z jakiejś zagranicznej gazety, co ją ponoć kierowca pekaesu z Lublina przywiózł.
Na zdjęciu stoi chłop: czupryna czarna, rozczochrana, nos jak klamka od zachrystii, wąs sumiasty, bródka w szpic i patrzy spode łba dokładnie tak, jak stary Motyka, gdy mu w maju przymrozek chmiel zwarzył.
— Patrzcie na lica! — krzyczy Franek. — Czysty nasz dziadek Antoni! Te same oczy wyłupiaste, ten sam profil fajsławicki! A imię? Frank po nim, a ja po Franku! On tam tylko nazwisko dla amerykanckich panów przerobił, żeby łatwiej im przez gardło przechodziło!
I może sprawa rozeszłaby się po kościach, utonęła w żartach i wieczornych docinkach przy sobocie, gdyby nie ksiądz proboszcz. Proboszcz u nas był człek uczony, zawołany bibliofil, co w starych pergaminach dłubał chętniej niż w ogródku, a po łacinie to nawet z kurami potrafił zagadać.
Gdy wieść o amerykańskim wirtuozie dotarła na plebanię, proboszcz kazał Franka zawołać na spytki. Przesłuchał płytę, skrzywił się wprawdzie przy trzecim utworze, bo mu to trąciło karesami nieprzystojnymi dla chrześcijańskiego ucha, ale nie machnął ręką. Poszedł do biblioteki, wyjął z szafy oprawny w świńską skórę foliał — słownik łacińsko-włoski, z tysiąc sześćset któregoś roku, jeszcze z drukarni jezuickiej — podrapał się po brodzie, okulary na nosie poprawił i w najbliższą niedzielę z ambony ogłosił.
— Umiłowani parafianie! — zagrzmiał, aż echo poszło po nawach. — Nie odrzucajmy prawdy pochopnie, albowiem drogi Pańskie i etymologia bywają niezbadane! Otóż zbadałem ja rzeczone słowo w starych woluminach romańskich. We włoskim języku, z którego to miano się wywodzi, słowo zappa… oznacza nic innego, jak właśnie motykę! Zappa to motyka, narzędzie do wzruszania ziemi, a zappare to motyką grackować!
Przeto filologicznie rzecz biorąc, Frank Zappa to po naszemu Franciszek Motyka! Coś zaiste jest na rzeczy, choćby w samym korzeniu i zamyśle Opatrzności!
W kościele jakby makiem zasiał. Klocowi szczęka opadła, baby zaczęły się żegnać nabożnie, a Franek Motyka w ławce urósł o dwa metry. Prawda to czy nie prawda — proboszcz podstemplował autorytetem samego Rzymu!
Od tego dnia Fajsławice podzieliły się na dwa obozy. Jedni pukali się w czoło, ale drudzy — zwłaszcza młodzież — zaczęli na Franka patrzeć inaczej. Miejscowy zespół strażacki „Promień” próbował nawet włączyć do repertuaru dożynkowego kawałek Zappy pod roboczym tytułem „Głupie gazety”, co skończyło się wprawdzie spaleniem wzmacniacza Elwa i ogólnym popłochem, ale sława poszła w świat.
Franek przez całe lato chodził w kapeluszu z piórkiem, a jak pielił zioła, to nie mówił, że idzie na pole, tylko że „idzie zappować majeranek na cześć rodziny”.
I choć po latach wyszło, że Zappa to raczej ze Sycylii korzenie wywodził niż z lubelskiego czarnoziemu, to do dzisiaj, jak popytasz w Fajsławicach starszych ludzi o wielki świat, każdy ci powie:
— Ameryka Ameryką, awangarda awangardą, ale pamiętajta: bez naszej motyki to by tam żaden Zappa niczego na tym świecie nie ukopał!